*Gdzieś na Atlantyku.*
Louis szedł po pokładzie, oświetlonym promieniami słońca. Uśmiechnął się do siebie i
przymknął oczy. "Przyjemnie to ciepło."- pomyślał. I wtedy...
-Opss !- usłyszał i zalała go zimna woda. Otrząsnął się i otarł twarz dłonią, spoglądając na winowajcę.
-Hi !- uśmiechnął się do chłopaka stojącego przed nim. Był nieco wyższy od Louis, miał burzę kręconych włosów, zielone oczy i zawstydzony uśmiech.
-Jestem Louis Tomlinson.- przejął inicjatywę.
-Ha-Harry Styles.- wyjąkał chłopak.- Przepraszam, nie chciałem. Tylko...
- Nic się nie stało.- przerwał mu Lou.- Miło cię poznać. Chłopak uśmiechnął się szerzej. W jego policzkach pojawiły się urocze dołeczki. Louis poczuł ukłucie w biodrach. "Nie wolno ci ! Jest zbyt niewinny !"- skarcił się w myślach.
-Ymm... Może dasz się namówić na lody ? W ramach przeprosin.- zaporoponował Harry. "Nie ! Nie dam!"-krzyknął na siebie wewnętrznie Tomlinson .
-Z wielka chęcią.- powiedział zamiast tego. "Idiota !"-ofuknął się.
-Wspaniale.- Oczy Stylesa rozświetlił blask.
**************
Siedzieli pod parasolem, gawędząc i jedząc lody.
-A więc po co płyniesz do Ameryki ?- Zagadnął Louis.
-Będę robić karierę ! Chciałbym śpiewać !- Tomlinson uśmiechnął się, widząc zapał chłopaka.
-Ja jadę skończyć studia psychologiczne. Może jak już zrobisz karierę, to przyjdziesz do mnie, leczyć się z depresji ?
-Wiesz, to nie jest taki zły pomysł.
-Ha ha ha. No oczywiście, że... Och ! Odwróć się.
-Co ? O co chodzi ?- Harry obrócił się.- Ach...
Przed nimi rozciągał się najpiękniejszy zachód słońca, jaki widzieli do tej pory. Niebo było różowo-pomarańczowo-fioletowe. Niżej te same barwy miały odbicie w morzu. Wyglądało to nieziemsko. Harry wstał i podszedł do barierki. Wyprostował plecy i stał tak, chłonąc widok. Louis podniósł się z krzesła i stanął za chłopakiem. "Nie rób tego. On cię odrzuci ! Nie może być homo, to by było zbyt piękne."-warknął w myślach, ale nie mógł się powstrzymać. Powoli objął Stylesa w pasie. Spodziewał się, odtrącenia i wyzwisk, a zamiast tego... Harry się w niego wtulił. Oparł głowę na jego ramieniu i uśmiechnął się leniwie.
-Harry ?- szepnął Louis.
-Hmmm ?
-Podobasz mi się.- wyrzucił na jednym tchu.
-Yhm. Wiem.- spojrzał Tomlinsonowi w oczy.- Ty mi też.- Oczy Louisa przypominały talerze. Nie panując nad sobą, pocałował Harry'ego. Ten oddał mu pocałunek z niesamowitą namiętnością.
-Ekh-em.- chrząknął ktoś za nimi. Chłopcy odskoczyli od siebie w pośpiechu. Spojrzeli sobie w oczy i uśmiechnęli się do siebie.
-Chodźmy do mnie.- zaproponował Louis. Harry splótł swoje palce z jego palcami.
-Prowadź.- odparł.
*kajuta Louisa, kilka godzin później*
Harry i Louis leżeli na koi tego drugiego i rozmawiali. Mówili o sobie, o marzeniach, wierzeniach, rodzinie, przyjaciołach, planach. Po prostu byli razem. Jednak ta sielanka nie trwała długo. Rozległ się dźwięk syreny alarmowej.
-Louis ?- Harry się zdenerwował.- O co chodzi ?
-Nie wiem. Myślę że lepiej wyjść na pokład.
-Jesteś pewny ?
-Tak. Ubierz to- rzucił mu swoją bluzę. Sam wciągnał na siebie, którąś z bluzek, złapał chłopaka za rękę i wyszli razem na korytarz. Już docierali do schodów, gdy rozległ się huk i statkiem zatrzęsło. Światła zamrugały i zgasły.
-LOUIS !-Krzyknął Harry z panika w głosie.
-Ciii...-uspokajał go chłopak.- Jestem przy tobie. Zawsze będę.-Powoli wspięli się na pokład. Tam panował chaos. Ludzie biegali w kółko, krzyczeli. Wtedy chłopcy ujrzeli przyczynę całego zamieszania. Górę lodową.
- Jak w Titanicu.- powiedział sarkastycznie Louis, choć wcale mu nie było do śmiechu. Ale Harry
zachichotał.
-Myślę, ze powinnyśmy wziąć kamizelki.- zaproponował.
-Dobry pomysł.- Ciągle trzymając się za ręce podeszli do mężczyzny rozdającego kapoki. Wzięli po jednym i pomogli sobie w zakładaniu. Louis przytulił Harry'ego i razem czekali na pomoc. Wokół nich panował huk, ludzie nie mogli się uspokoić, kręcili się z prawa na lewo, wrzeszczeli na siebie. Tylko dwójka samotnych nastolatków stała spokojnie.
-Louis ?
-Hmmm... Jeśli zginiemy, chcę żebyś...
-Cicho ! Nie zginiemy !- jakby w odpowiedzi na te słowa statkiem zatrzęsło powtórnie. Zaczął pękać. Przechylił się gwałtownie na prawo i pasażerowie zjechali po pokładzie, prosto w mroczne czeluście oceanu. Tylko paru zdążyło złapać się barierki.Wśród nich był Louis. Harry kurczowo trzymał się go za rękę. To był jego ostatnia deska ratunku.
-Nie uratujesz nas oboje, Lou.-szepnął chłopak.
-NIE PUSZCZĘ CIĘ HARRY ! OBIECUJĘ ! NIE ZGINIESZ !- wykrzyknął Tomlinson, a łzy ciekły po jego policzkach.
-Nie kochanie. Tak się nie da.-powiedział Harry, również płacząc.- Kocham cię. Zawsze będę przy tobie. Pamiętaj.- i rozluźnił swoją dłoń, pozwalając jej wyślizgnąć się z uścisku Louisa. Przez krótką sekundę spojrzał w oczy osobie, którą pokochał i to był jego koniec.
-HARRY!!!-Wykrzyknął z rozpacza Louis.
*3 tygodnie później*
*cmentarz w Holmes Chapel*
Pogrzeb Harry'ego... Symboliczny. Ciała nie odnaleziono. Louis stał na końcu cmentarza i poprzez łzy spoglądał na kondukt żałobny, z pustą trumną na czele. Nie podszedł do rodziny. No bo co miałby im powiedzieć ? Że kochał ich Harry'ego, mimo że znał go zaledwie kilka godzin ? Że był ostatnią osobą, która z nim rozmawiała ? Że pozwolił mu zginąć ? Nie był w stanie dołączyć do bliskich chłopaka.
-Żegnaj Harry.-szepnął.-Kocham cię. Zawsze będę.
Odwrócił się i wsiadł do samochodu. Skierował się do Londynu. Nikt w Doncaster nie wiedział dokąd pojechał. Nie powiedział im nic. Gdy wrócił do domu po katastrofie "Diany" nie odzywał się do nikogo ani słowem. Wszyscy myśleli, że to trauma. Tak naprawdę obwiniał się o śmierć Stylesa. Gdyby go podciągnął ! Gdyby go nie puścił ! Przeklęte łzy znów popłynęły. Ze złością zahamował na poboczu. Gwałtownym ruchem wytarł twarz.
-Dość !- warknął.- Kochałeś go. I dobrze. Kochaj go dalej. Ale nikt nie musi o tym wiedzieć.- rozmowy ze samym sobą zawsze mu pomagały. Wtem do głowy przyszedł mu świetny pomysł.
-Czas rozpocząć nowe życie. Louis Tomlinson zginął. Narodził się William Austin.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz